Nutka w Zielonkach

Nuta w Zielonkach
Nuta w Zielonkach

„Nutka w Zielonkach” brzmi jak „kaczka w buraczkach”, ale uspokajam, że nie chodzi o danie, choć na pewno ten wpis traktuje o dziwaczce.

A zatem jesteśmy już w Zielonkach. Tarnów pożegnaliśmy 30 lipca – definitywnie. Opowiem o Nucie, jak ona przeżyła przeprowadzkę.
Żeby ją przewieźć, pojechaliśmy tuż przed wyjazdem z Tarnowa do weterynarza, który zaaplikował jej zastrzyk – nie środek usypiający, ale 'otumaniający’.  Dzięki temu przespała spokojnie prawie całą podróż, chociaż momentami niby się budziła i koniecznie chciała się wydostać z samochodu lub zaczynała polować na nieistniejące muchy. Po przyjeździe przez parę godzin była nienaturalnie ożywiona, jeszcze nie kontaktowała, co się dzieje. Później była najwyraźniej przestraszona, nie opuszczała mnie na krok i wszystko nerwowo obwąchiwała. Na drugi dzień sprawiała wrażenie zupełnie zgaszonej i zagubionej. W tym czasie były upały, więc chowała się po łazienkach i spała, nie jadła. Po tygodniu zaakceptowała nowe okoliczności i dom stał się „jej”. Najważniejsze, że w pierwszym okrsie po przeprowadzce cały czas wszyscy z nią byliśmy  i że w meblach, ubraniach i innych rzeczach rozpoznawała stare zapachy. To jej pozwoliło zaaklimatyzować się.
Z wychodzeniem na siku i na większe sprawy jest drobny problem, bo musimy z nią przejść przez całą długość uliczki osiedlowej, wyjść za bramę i przejść przez ulicę i dopiero wtedy może sobie ulżyć. Oczywiście – w ogródku ani myśli się załatwiać. I dobrze. W pierwszych dniach, gdy było gorąco, nie chciała do ogrodu w ogóle wychodzić, ale teraz pod wieczór sama prosi o wpuszczenie do ogródka. Kiedy jej pilnujemy, to jest grzeczna: tarza się, bawi kijkiem albo po prostu leży spokojnie i śledzi latające bzykacze. Ale gdy tylko spuścimy z niej wzrok, z pasją i dziką radością zaczyna kopać.  Trzeba jej porządnie pilnować.

A zatem jesteśmy już w Zielonkach. Tarnów pożegnaliśmy 30 lipca – definitywnie. Opowiem o Nucie, jak ona przeżyła przeprowadzkę.

Żeby ją przewieźć, pojechaliśmy tuż przed wyjazdem z Tarnowa do weterynarza, który zaaplikował jej zastrzyk – nie środek usypiający, ale 'otumaniający’.  Dzięki temu przespała spokojnie prawie całą podróż, chociaż momentami niby się budziła i koniecznie chciała się wydostać z samochodu lub zaczynała polować na nieistniejące muchy. Po przyjeździe przez parę godzin była nienaturalnie ożywiona, jeszcze nie kontaktowała, co się dzieje. Później była najwyraźniej przestraszona, nie opuszczała mnie na krok i wszystko nerwowo obwąchiwała. Na drugi dzień sprawiała wrażenie zupełnie zgaszonej i zagubionej. W tym czasie były upały, więc chowała się po łazienkach i spała, nie jadła. Po tygodniu zaakceptowała nowe okoliczności i dom stał się „jej”. Najważniejsze, że w pierwszym okrsie po przeprowadzce cały czas wszyscy z nią byliśmy  i że w meblach, ubraniach i innych rzeczach rozpoznawała stare zapachy. To jej pozwoliło zaaklimatyzować się.

Nuta w ogródku
Nuta w ogródku

Z wychodzeniem na siku i na większe sprawy jest drobny problem, bo musimy z nią przejść przez całą długość uliczki osiedlowej, wyjść za bramę i przejść przez ulicę i dopiero wtedy może sobie ulżyć. Oczywiście – w ogródku ani myśli się załatwiać. I dobrze. W pierwszych dniach, gdy było gorąco, nie chciała do ogrodu w ogóle wychodzić, ale teraz pod wieczór sama prosi o wpuszczenie do ogródka. Kiedy jej pilnujemy, to jest grzeczna: tarza się, bawi kijkiem albo po prostu leży spokojnie i śledzi latające bzykacze. Ale gdy tylko spuścimy z niej wzrok, z pasją i dziką radością zaczyna kopać.  Trzeba jej porządnie pilnować.

Przewiń do góry
%d bloggers like this: